4. Zmiana

   Piąta nad ranem. Nie, nie czekam aż przyjdzie sen. Sen już przyszedł. Minął. Wyśniło się, co miało być wyśnione. Ten rozdział jest już zamknięty. Czas na coś nowego. Teraz jest poranek. Poranki są wyjątkową porą dnia.
„A” podrzuciła mi kiedyś tekst dotyczący poranka. „A” ma taki „żółty zeszyt”, w którym zapisuje to, co dla niej ważne. Poniższy fragment i dla mnie stał się ważny. W tym kraju ludzie nie cenią sobie poranka. Budzą się gwałtownie na dzwonek budzika, który druzgoce ich sen jak cios siekiery, i od razu stają się niewolnikami żałosnego pośpiechu. Niech mi pan powie, cóż może być wart dzień, który zaczyna się od takiego aktu przemocy? Co musi dziać się z ludźmi, którzy co dzień za pośrednictwem budzika doznają miniaturowego elektrowstrząsu? Każdego dnia przyzwyczaja się ich do przemocy, każdego dnia oducza się ich od rozkoszy. Proszę mi wierzyć, że o charakterze ludzi decydują ich poranki.
   Wydaje się, że Kundera ma rację (to jego słowa). Poranki trzeba sobie cenić. Za dwie rzeczy szczególnie trzeba sobie cenić poranki. Za smak kawy. Za jej zapach też. O poranku kawa pachnie i smakuje wyjątkowo dobrze. Poranek pozwala zacząć od nowa. Daje nadzieje na zmianę. W świetle poranka wszystko wydaje się nowe, świeże, jak zapach dopiero co kupionej książki.
   Świat bez kawy i możliwości zmiany byłby nie do zniesienia. Pal licho kawę! Świat bez zmiany byłby nie do zniesienia. Przypominałby Nietzscheański świat wiecznego powrotu. Każdy szczegół, każda myśl, każde słowo, każdy wybór, każde spotkanie, każdy łyk kawy, każdy przeczytany tekst, każdy wykonany krok, każdy upadek, każda pomyłka, wszystko to powtarzałoby się w nieskończoność. Nic się nie da zmienić. Nie da się z tego świata uciec. Wszystko zawsze jest takie samo, jednostajne, niezmienne, wieczne.
   Nietzsche jest genialny. Tak cholernie niejednoznaczny w interpretacji, ale genialny. To geniusz, który wytrąca z egzystencjalnej drzemki. Poprzez ten mit wiecznego powrotu krzyczy: „Stój! Pomyśl, czy chcesz, aby to życie, jakie teraz masz, z jego każdym szczegółem, powtarzało się w nieskończoność?”
   Koniec tych rozmyślań. Za godzinę spotkam się z „A”. Ciekawe, co „A” powie na temat wiecznie powtarzalnego się świata, jej świata. Czas porannej kawy dobiegł końca. Ten rozdział też już jest zamknięty.
   „Kurwa, nie! Po tysiąc razy nie!” Mogłem się tego spodziewać. Były to pierwsze słowa „A” wypowiedziane po wysłuchaniu opowieści o wiecznie powtarzającym się życiu. Dobrze, że ja nie musiałem tego mówić. „A” doskonale dobrała słowa, aby wyrazić także i moją myśl. Wyjęła też swój „żółty zeszyt” i odnalazła w nim ten tekst: Myślę, że każdy w życiu przez to przechodzi – jest granica, której istnienia nie przeczuwasz, ale jak ją przekroczysz, wiesz, że odwrotu nie będzie. To u każdego następuje w różnym momencie, ale jest ta chwila, w której nabierasz przekonania, że tak jak dotychczas mogłeś jeszcze wszystko zmienić, zacząć od początku, tak pewnego dnia dochodzi do ciebie – pewien etap się skończył, pewne rzeczy są za mną, głupio byłoby zaczynać znowu od początku, nie mam już na to siły, chęci, zdrowia. Miejsce żółtodzioba zajął ktoś inny. Oczywiście, wyzerować życie można na każdym etapie, tak jak resetuje się komputer. Jednak musisz liczyć się z utratą pewnych danych. Tak samo w życiu.
   F: Uważam, że tekst nie jest jednoznaczny. Czy zawsze możesz coś zmienić? A może jest taki stan, w którym zmienić nic się już nie da? Pozostaje trwać w tym, co jest. A jeśli trwam i nie jestem szczęśliwy?
   A: Już sama świadomość tego, że nie jesteś szczęśliwy, jest Filozofie jakąś zmianą. Potrzeba zmiany stwarza pierwszą i najważniejszą zmianę. Trzymam palec na przycisku RESET i czekam na moment, na chwilę, kiedy przestanę się bać. Wiem, to może nie zdarzyć się nigdy. Strach jest najgorszym doradcą. Całe życie bałam się siebie. Bycia sobą. Stworzyłam drugą ja, taką JA dla męża i syna. To cała moja rodzina. Ale tak nie da się żyć. Nie, nie jestem tchórzem, zawsze byłam lokomotywą. Ciągnęłam wagony raz szybciej, raz wolniej. Czułam, że na każdej stacji kolejny doczepiany wagon ciążył mi coraz bardziej.
   F: Jest taka granica – niezauważalna, – kiedy zaczynam uświadamiać sobie, że nic się samo nie zmieni. Ten pociąg, którym jadę, to on decyduje, gdzie i na jakiej stacji ma się zatrzymać. Ktoś w nim decyduje, z jaką prędkością ma jechać i w którą stronę. Nie da się nagle pociągiem skręcić w prawo albo w lewo. Kur*** (wulgaryzm w tym miejscu wydaje się niezbędny), ale czemu się nie da? Niech się wykolei. Trudno. Ten cały chaos może być końcem czegoś starego i początkiem czegoś nowego. Pozwoli dostrzec pomyłkę w założeniu, że potem będzie jeszcze na wszystko czas. Nie będzie! Na tym etapie mojego życia wiem, że nie będzie. Sam muszę pociągnąć za hamulec i wykoleić ten pociąg. Albo prościej. Wyskoczyć z niego tak przed siebie, gdziekolwiek. A pociąg niech sobie gna dalej po wyznaczonych szynach. Beze mnie też dojedzie. Ja wysiadam.
   A: Moje zmiany zawsze były szybkie, nie do końca przemyślane. Jestem impulsywna, czuję, że jeśli nie teraz, to już nigdy. Ale wyuczyłam się obracać moje decyzje w rękach, przyglądać się im z każdej strony, zmieniać i przewidywać konsekwencje. Powiecie, że to idealny układ, taki zrównoważony, całościowy, kompleksowy, dojrzały. Ale on ma defekt. JA nim jestem. Zawsze coś się pieprzy. Niby zaplanowane, a się popsuło, nie udało. Czekam. To czekanie i strach zapędziło mnie w kozi róg. Dlatego zmiana, która ma nadejść jest rozważna. Nie pakuję walizek (choć kilka razy już to zrobiłam) i nie wsiadam do pociągu byle jakiego, choć bardzo bym chciała. Układam rzeczy, które mi się przydadzą, szykuję się do resetu. Zmienię całe swoje życie. Oczywiście zostaną elementy i osoby, które już na zawsze będą mnie łączyły z tamtym życiem. Wiem, że decyzja wpłynie negatywnie na te osoby, ale zrobię wszystko by jej konsekwencje były jak najmniej odczuwane. Nie mogę uszczęśliwić wszystkich, ktoś będzie płakał i nie wykluczam w tym siebie. Nikt nie powiedział, że dobre decyzje nie będą cię ranić.
   A: Co wybierasz? Dziesięć milionów tu i teraz, na tym etapie życia, na którym jesteś, czy może powrót do młodości, z wiedzą i doświadczeniem, które masz teraz?
   F: A Ty? Wiem, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie. W tym wypadku złamię tę regułę.
   A: Dziesięć milionów teraz.
   F: Bo?
   A: Nie jest ważna dla mnie długość życia, a możliwość realizowania siebie. Pieniądze to ułatwiają. Mogę przeżyć jeszcze tylko tydzień, ale zupełnie po swojemu i będę czuła, że jest to pełnia mojego życia. Mogę też przeżyć 30 lat, w których nic się nie zmieni. Pamiętam moja mamę. Tyle razy próbowała wyskoczyć z różnych pociągów, ale zawsze na oślep, gubiąc walizki. Wiedziała, że ja jej tę walizkę dostarczę. Chcę inaczej. Chcę przeżyć bardzo świadomie, intensywnie ten czas, który mi został. Nie na oślep, ale z szeroko otwartymi oczami. Chcę dostrzec każdy najdrobniejszy szczegół tego życia. I te dziesięć milionów mi w tym pomoże.
   F: A ja nie! Wolę wrócić do etapu pierwszych, życiowych decyzji. Nie jest mi potrzebne dziesięć milionów. Wystarczy moja wiedza i doświadczenie. Wiedziałbym, do którego pociągu wsiąść i wiedziałbym, do którego nie wsiadać. Uzbierałbym parę groszy na bilet. Nie! Na dwa bilety. Nie chce już podróżować sam.
   A: A co jeśli za dwa lata dopadnie cię choroba? Co bardziej się przyda? Dziesięć milionów, czy wiedza o życiu, które wiodłeś do tej pory, a którego nie chcesz już wieść? A za chwilę stracisz to życie, które masz teraz.
   F: Może nie przyda mi się ani to, ani to. Ważne, że to ja wybiorę pociąg, którym pojadę. Tym razem bardziej świadomie.
   A: Znasz to uczucie, kiedy w bucie masz malutki kamyczek. Nie chce ci się rozsznurowywać buta, bo to tylko mały kamyczek. Czujesz go, ale idziesz dalej. Kamień ten może przesunąć się w takie miejsce, że nagle przestajesz go odczuwać. Idziesz dalej. Znasz zakończenie. Wraz z kolejnymi krokami, przebytą drogą ten niepozorny kamyczek obciera ci stopę i tworzy ranę, która uniemożliwia dalszy marsz. Doszłam do etapu leczenia stopy, by móc pójść dalej i pomimo opóźnienia i ran dotrzeć do celu.
   F: Do tego leczenia przydadzą się pieniądze. Czy nie lepiej jednak cofnąć się do rozdroża i wybrać inną drogę, albo po prostu kupić lepsze buty? Wtedy problem kamienia zniknie.
   A: Nie, bo nie chcę stracić moich starych butów. Za dużo w nich przeszłam. To jeszcze jedno zadnie z żółtego zeszytu – prawie na zakończenie. To jest pewnie tajemnica całego mojego życia: za mało determinacji.
   Dorzucę też fragment z mojego notatnika – już na koniec. Chcę wybrać się w wymarzoną podróż, nauczyć się jeszcze jednego języka, przeczytać te książki, kupić sobie najlepsze wino, spędzić noc w słynnym hotelu. Nie minąć się z samym sobą. Chodzi też o większe rzeczy – rzucić nielubiany zawód, wyrwać się ze znienawidzonego otoczenia. Zrobić to, co sprawi, że będziemy prawdziwsi, bliżsi samym sobie. Od rana do wieczora leżeć na plaży albo siedzieć w kawiarni. Pomyśl o tym, że musisz kiedyś umrzeć, może już jutro. Myślę o tym cały czas, dlatego nie chodzę do biura i wystawiam się na słońce.
   To by było na tyle. Kolejne zadziwienie za tydzień. Ten rozdział – rozdział zmiany – też już jest zamknięty. A może dopiero się otwiera?

Foto © TZ

Komentarze

  1. W tym momencie nie pozostaje nic innego jak pogratulować fotografowi pięknych zdjęć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy nadzieję, że nas obserwuje i widział ten komplement (uśmiech)

      Usuń
  2. Nie mogę się powstrzymać więc Wam napiszę o dzisiejszej sytuacji. Siedzielismy sobie z mężem w restauracji gdy nagle przed oknem tej restauracji przechadza się para z wózkiem. Mój mąż opowiadał mi kiedyś jak był szalenie zauroczony właśnie tą panią (gdy czasem żartowałam i co Ci z tego przyszlo???? Zawsze odpowiadal no nic .... Ale pewnego dnia znalazł odpowiedź uświadomił ją sobie - ojejku byłem zauroczony w anglistce a teraz mam żonę anglistkę ... a pan, który z nią szedł ... Chyba obecny jej mąż ...gdy byłam nastolatką chciał się kiedyś wybrać ze mną na spacer ale grzecznie podziękowałam i nie skorzystalam, też kiedyś opowiadałam o tym mojemu mężowi...I dziś zauważyłam, że tamte dwie osoby są razem- więc pytam mojego męża czy zauważył, że szła ta Pani ....on stwierdził że tak....pytam czy zauważyłeś, mężczyznę który z nią szedł...okazało się że nie... więc szybko przypominam mu kto to jest z tej mojej opowieści....i słyszę aaaa pamiętam to ten odważny co proponował Tobie spacer ( nie wiem w czym w odwadze różni się od mojego męża, który też proponował spacer ....ale tak go nazwał) I nagle wpadł mi do głowy taki pomysł....Poprosiłam mojego męża żeby podał mi rękę i zapytałam ....Słuchaj gdybyś teraz po 10 latach mógł ponownie dokonać wyboru ....z całym doświadczeniem jakie masz ... Czy nadal wybrałbyś mnie za swoją żonę? Usłyszałam - co to za pytanie....no pytanie takie filozoficzne ... Wiem że nie można mieć i doświadczenia i cofać czasu ....no ale gdyby jednak ... On odpowiedział, że tak, że w sumie to boi się odpowiedzieć inaczej, bo nie wie co mogłoby go spotkać... I zapytał: a Ty? Ja odpowiedziałam, że tak. I zaczęłam opowiadać, że zawsze się zastanawiałam jak to jest, że właśnie dane osoby się spotykają i są ze sobą, stwierdziłam że nie odkryłam tego i że już chyba nigdy nie odkryję....to takie tajemnicze jest. ....Wtedy on powiedział, że jak tak mówię o takich dziwactwach to zaczyna się mnie bać .... Hmmm chyba obejrzał zbyt wiele horrorów w życiu .... Żeby nie było, że tylko ja mam dziwne przemyślenia ....on dziś po wyjściu z Kościoła ( bo znowu byliśmy o 21:00 ) zastanawiał się jaka nagroda czeka nas za takie przychodzenie do Kościoła ... Jedyna odpowiedź jaka mi przyszła do głowy to taka, że możemy weselić się w Bogu a przez to on może weselić się w nas, tzn. w naszym życiu. To nie było ostatnie pytanie. Kolejne brzmiało ...a ciekawe czym można weselić się po śmierci ...skoro nie ma tam filmów i innych przyjemności, które są tu...Stwierdziłam, że nie wiem bo jeszcze nie byłam po tamtej stronie bytu. Narazie dobrze mi tu więc mogę odpowiedzieć czym teraz się weselę, tzn. co mnie cieszy. ... Usłyszałam westchnienie ... Ach lubię przychodzić tu do tego kościoła, przypominają mi się czasy dzieciństwa gdy byłem ministrantem....i tu odlecieliśmy w krótką opowieść z życia ministranta.... Hmmm i właśnie w tym miejscu znalazłam swoją odpowiedź na pytanie, które dręczyło mnie już od czasów dzieciństwa ... Jak to się dzieje że dwie obce osoby spotykają się aby przeżyć ze sobą całe życie. Ja zdefiniowalam go w swojej głowie na podstawie kilku szczegółów.... Poza włosami w kolorze blond, wartościami w życiu ... był jeszcze jeden z nich i brzmiał następujaco ....i żeby tylko nie był chirurgiem ... Do dzisiaj moja teściowa zadaje sobie pytanie jak to się stało że jej syn nie wybrał jednak medycyny ....

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz