8. (Byle nie) o miłości


   Byle nie o miłości „A”. No proszę Cię, o wszystkim możemy rozmawiać, byle nie o miłości. Nie udźwigniemy tego tematu. Z motyką na słońce – to prostsze niż rozmowa o miłości.

„A” jest uparta. „A” nie jest uparta jak osioł. „A” jest uparta jak stado osłów. „Bo filozofia nijak ma się do miłości?”; „Co filozof o miłości może wiedzieć?”; „Randka z filozofem – ależ to romantyczne”; „Co można robić na randce filozofem?”; „Czytać Platona?”; „Rozwiązywać trójkąt😉 lub kwadrat logiczny?”.
   „A” jest nie tylko uparta. „A” jest też prowokująca. Te jej żartobliwo-złośliwe uwagi sprowokowały rozmowę o miłości. Postawiła na swoim. „Będzie jak chcesz”. „Będzie o miłości”.
   F: Pofilozofujmy o miłości zatem. Stwórzmy teorię miłości. Teoria, tak dla przypomnienia, to zbiór uporządkowanych zdań na dany temat. Teoria miłości, jak każda piękna bajka, zaczyna się od spotkania. Spotkanie to pierwszy etap drogi do miłości.
   A: Już pojawiła się teoria i uporządkowany zbiór. Z filozofem o miłości będzie jak w pudełku: wszystko poukładane i zaplanowane, a miłość taka nie jest.
   F: Czy miłość nie jest uporządkowana, tego nie wiem. Wiem, że jeśli myśli o miłości będą chaotyczne i bałaganiarskie, to nikt ich nie zrozumie.
   A: Jeśli jestem uparta to dlatego, że mam o czymś przekonanie i stoję przy swoim. Nie oznacza to jednak, że nie potrafię spojrzeć na twoje doświadczenia z przymrużeniem oka.
   F: A zatem punkt pierwszy: SPOTKANIE. Wszystko zaczyna się od spotkania.
   A: „Punkt” mnie drażni. Dla mnie będzie to etap. Punkt kojarzy mi się z czymś, co muszę zaliczyć – ja tak nie chcę. Spotkanie to moment, nieuniknione zderzenie. Może to być ktoś całkiem nieznany. Może być to jednak ktoś, kogo znasz od dawna. I w tym momencie spotkania patrzysz na niego z innym nastawieniem, wchodzisz na płaszczyznę myślenia o nas, już we dwoje, jako MY.
   F: Wszystko Cię dziś drażni;). Zostanę przy „punkcie”. Spotkanie to punkt. To nie jest byle jaki punkt. Spotkanie to punkt zwrotny. Wszystko zmienia. Wystarczy spojrzenie, zapach, uśmiech i nic już nie jest takie, jak było. Banalne, ale może istnieje coś takiego, co nazywa się miłością od pierwszego wejrzenia? Istnieje?
   A: Sądzę, że nie. Może zauroczenie, może flirt, może krótkie szaleństwo, to tak. Ale żeby tak zobaczyć kogoś i pokochać? To się chyba nie zdarza. W konsekwencji upływającego czasu takie spotkanie nie ma szans przetrwania. Może zbyt dużo rzeczy mnie obciąża i ciągnie w dół, ale nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
   F: To ja to widzę inaczej. Nie da się zapomnieć pierwszego spotkania. Zostajesz nagle wyrwany z codzienności. Coś cię zatrzymuje. Widzisz ją. W centrum twojego postrzegania znajduje się nagle ten ktoś. Wszystko inne jest horyzontem, tłem tego postrzegania, trochę nieostrym, niewyraźnym. Może się to zdarzyć gdziekolwiek. Nawet w galerii handlowej. Widzisz ją jak zjeżdża schodami i widzisz tylko ją. Reszta jest tłem. Wszystko staje się od tej pory tłem. I to jest właśnie ten punkt zwrotny.
   A: Ale co? Idziesz i zaczepiasz? Nawiązujesz kontakt? Ja muszę już mieć jakieś dane, bo boję się rozczarowań tą drugą osobą. Wolę wiedzieć z kim mam do czynienia. A jeśli zjeżdża mężatka, to jesteś już przegrany na starcie. Wolę szukać miłości w osobach, o których coś już wiem. Dlatego romantyczne uniesienia spotkań mi nie grożą. Ja w galerii patrzę na buty i torebki.
   F: Chcę poznać. Zaczepiam. Teraz jest łatwiej, bo jest Internet. Jeśli napisze mi, że zgadza się iść ze mną na „ranTkE” albo, że coś tam „włANcza”, to na spotkaniu wszystko się kończy. A jeśli będzie to randka i jeśli „włącza” (niech włącza cokolwiek, byleby włączała), to zaczyna się Twój etap, a mój punkt drugi – ZAKOCHANIE, albo ZALUBIENIE, jak mawiał Tischner.
   A: Ok, to ja też mam kogoś do zalubienia, ładne słowo, „lubić”. Zakochanie to chyba najburzliwszy etap ze wszystkich etapów miłości. Staję się lepszą JA. Szaleję. Pragnę. Spełniam oczekiwania i oczekuję. Wzbijam się na wyżyny uniesień i trzymam się ich jak krawędzi nad urwiskiem, bo boję się spaść. Niestety mam obawy, że spadnę i to kończy ten etap. Analizuję, sprawdzam, dopasowuję. I jeśli nie wychodzi, odpuszczam. Nie brnę dalej, choć byłoby najpiękniej. Jeśli za tym nie idzie bezpieczeństwo i światło na przyszłe zdarzenia, nie idę dalej. Romantyzm dla mnie jest przereklamowany.
   F: Asekuracyjnie, pesymistycznie, za realistycznie. Ja tu miałem być racjonalistą. Myślałem kiedyś, że czas zakochania jest niebezpieczny. Teraz myślę inaczej. Nie są przereklamowane te motyle. Nie jest przereklamowany ten ciągle za krótki czas na bycie razem. Ten czas jest jak u Horacego, ciągle biegnie zazdrosny o słowa. W czasie zakochania osoba, na którą patrzysz jest taka inna. Powiedzą wyidealizowana. Nie! Osoby zakochane mają dostęp do innego rodzaju doświadczenia. Może wtedy widzą więcej, lepiej, wyraźniej. Nikt z zewnątrz takiego dostępu nie ma. Nikt nie widzi tego, co widzą oni.
   A: Kocham ten stan różowych okularów i bardzo chciałabym umieć je nosić. A może mieć odwagę je nosić. Ja ten etap przechodzę szybko, bo bardziej ciągnie mnie już do kolejnego, do stabilizacji. Do kochania mnie taką, jaka jestem. Szaleństwo opadło. Teraz chcę planować. Chcę określać wspólne cele i je realizować.
   F: Jeszcze jedno zdanie ad vocem. To nie są różowe okulary, ale takie, przez które widać więcej. Róż to okropnie nudny kolor. A ten trzeci etap/punkt to WYBRANIE. Poznałem, pokochałem, wybrałem. I też ciągnie mnie do stabilizacji.
   Przyspieszamy „A”. Stabilizacja kojarzy mi się z etapem/punktem czwartym: ZADOMOWIENIEM. Dom zbudowaliśmy ostatnio. Teraz trochę w nim pomieszkajmy. Jaki jest Twój dzień w domu z kimś, kogo kochasz?
   A: Budzę się i patrzę. Nie biegnę do łazienki i nie myję zębów, aby ten ktoś wciąż żył z przekonaniem, że budzę się z miętowym zapachem w ustach. Leżę i patrzę przez chwilę i mówię „dzień dobry kochanie”. Będąc małym dzieckiem, nie wiedziałam jak mam na imię mój tato, bo mama mówiła do niego „kochanie”. I ja też tak mówię do tego, który leży obok mnie. Zaczynamy dzień razem ze wspólnym śniadaniem, w piżamach. A jeśli idziemy do pracy, to przynosi mi kawę do łazienki. Zrobienie makijażu zajmuje sporo czasu. Łapię coś do zjedzenia i lecimy do pracy. Jeśli mamy wolne, to spędzamy leniwy dzień. Idziemy na spacer albo gdzieś. Wracamy na nieplanowany obiad. Zjadamy to, co mamy, gotując razem, a potem mamy czas dla siebie. Muszę mieć przestrzeń i on musi ją mieć. Czytam, oglądam i leniuchuję. Jeśli wracamy z pracy to, obgadujemy ją, dosłownie ją obgadujemy. Gadamy wszystko i o wszystkich. Wyrzucamy to z siebie, aby przejść do czasu dla siebie. Wieczór, jeśli leniwy, to zostaje wino, taniec, śmiech, może film. A potem to, co zostaje tylko między mną i nim, a Tobie nic do tego. Wieczory są zawsze razem i „dobranoc kochanie” jest naszym ostatnim słowem do kolejnego poranka.
   F: No nareszcie akapit, z którym się zgadzam. Jedno bym zmienił. Chcę codziennie wieczorem pytać: „co jutro robimy” i zasypiać ze słowem „kocham”. Ciekawe jest to słowo „kocham”. Codziennie, od pierwszego spotkania, zmienia się jego znaczenie i jego wartość. Powiedziałbym, że jest to słowo symbol – semantycznie otwarte. Z upływem czasu nabiera ciągle nowych znaczeń. Są one, te znaczenia, coraz głębsze, prawdziwsze, poważniejsze. Co „kocham” znaczy dla Ciebie? Podaj definicję miłości – krótką, ale Twoją definicję miłości. I jeszcze jedno: czy miłość może się skończyć?
   A: Moja definicja miłości z Żółtego Zeszytu:
… i nie znam lęku przed losem (ty jesteś moim losem)
nie pragnę piękniejszych światów (ty jesteś mój świat prawdziwy)
ty jesteś tym co księżyc od dawien dawna znaczył
tobą jest co słońce kiedykolwiek zaśpiewa.
   A czy miłość może się skończyć? Tak i znów Żółty Zeszyt:
…Nie ma nic bardziej tragicznego niż żebranie o gest, o uśmiech od ukochanej Istoty. Przy tej tragiczności blednie wielka inna tragiczność, tragiczność cielesnego kalectwa, tragiczność duchowego kalectwa…. wielka tragiczność blednie przy tragiczność żebrania o miłość.
   F: Platon kazał wyrzucić poetów z miasta, bo nigdy nie wiadomo co mają na myśli. Ładna ta Twoja definicja, choć poetycka. Moja jest taka: miłość jest pragnieniem dobra dla tego, kogo się kocha. I znów mam zaszczyt się nie zgodzić z Tobą „A”. Miłość się nie kończy i miłość nie ustaje. I też, podobnie jak Ty, sięgam po Stachurę. Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się – znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby prawdziwie się zaczęło – nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło się. Cokolwiek prawdziwie się zaczyna – nigdy się nie kończy.
   Byle nie o miłości miało być. Byle nie o miłości to tekst Osieckiej. Że Ty nie dla mnie jesteś ani ja dla Ciebie. Że nie możemy rankiem gadać trzy po trzy. Dlatego nie mów mi o miłości. Z Osiecką też (już) można się nie zgadzać. Byle o miłości „A”. Byle jak najwięcej o miłości „A”. Dobry temat wybrałaś.
Foto © TZ

PS Zadziwieni Czytelnicy, nie czekajcie tylko na wtorki. Będziemy się zadziwiać również w inne dni, zawsze jednak raz w tygodniu. Uwalniamy wtorki.

Komentarze

  1. Kochać kogoś to troszczyć się o jego świętość (uśmiech).

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem przekonana że dla nastoletniej córki miłość od pierwszego wejrzenia jest możliwa. Dopóki nie przejdzie się przez wszystkie jej etapy, można żyć w takiej nieświadomości, upraszczać i biegać na spotkania radosnym jak wrobelek na wiosnę :)
    Później przychodzi proza życia, zabarwione emocjami zadania do odstrzału wagi lekkiej i ciężkiej. Nie spieramy się jak opanowani prawnicy ,,nie kochana żona...tak szanowny mężu,, Tu pojawią się dramaturgia teatralna i nie każdy związek potrafi ją udźwignąć.
    Prawdziwa miłość to poczucie, że ma się kogoś blisko, codziennie nawet gdy dzielą nas setki kilometrów i wali sie na głowę cały świat. Spókoj, troska o drugiego człowieka, wzajemną czułość poprostu. Jednak żeby ta miłość dojrzała trzeba najpierw nosić kwiatki, wyznawać uczucia, przeżywać pierwsze uniesienia i motyle w brzuchu. Później można powiedzieć ,,my,, w zdrowiu i chorobie.

    P.s. Zdjęcia jak zawsze miłe dla oka.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz